Kurs przewodników beskidzkich – Warszawa

Czy w Warszawie da się zostać przewodnikiem beskidzkim? Da się! Jest kilku czynnych organizatorów szkoleń.

Jeden bardzo znany – czteroliterowy i drugi – trzyliterowy. Wiele ich łączy, przede wszystkim filozofia którą można streścić następująco: nóż w zęby, krew w butach i zapi[piiiii]amy. Ponadto nie do końca jest jasne co należy zrobić żeby kurs skończyć, bowiem poza odbyciem zajęć, należy je zaliczyć a poza wszystkim spodobać się kadrze. Wbrew temu co sugerują, wcale nie trzeba uzyskać „zaszczytnego tytułu” czy przejść inną ścieżkę zdrowia psychicznego żeby zostać przewodnikiem beskidzkim…

Obie te organizacje odwalają mnóstwo ludzi, mówiąc im że nie nadają się na przewodników – w podtekście w ich rozumieniu przewodnictwa. Ja też to kiedyś usłyszałem a że zbytnio się tym nie przejąłem, to i jestem przewodnikiem górskim beskidzkim II klasy i sudeckim III klasy.

Rusza alternatywa dla tych kursów! Już 11 marca 2014 r. rozpoczyna się Kurs Przewodników Beskidzkich. Szczegóły pod linkiem.

  • Robert

    Też jestem przewodnikiem beskidzkim i niestety nie mogę się z Panem zgodzić.
    Zdawałem kilka egzaminów przewodnickich (różne klasy i różne obszary, wszystkie zdane) i widziałem jaki jest poziom zdających. Trzeba obiektywnie przyznać, że wiedza i umiejętności zdających , jak Pan to nazwał od „Czteroliterowców” są dużo, dużo wyższe od pozostałych. Oczywiście nie można generalizować, bo są oczywiście wyjątki, ale generalny trend widoczny jest gołym okiem. Faktem jest, iż tak wysoki poziom osób po takim kursie okupiony jest sporym „odsiewem”.
    Osoby, które wybierają się na kurs przewodnicki niech się zastanowią czy chcą mieć „papier” czy umiejętności i niech same wybiorą czy zapisać się na kurs gdzie ukończy go prawie 100% uczestników, czy taki gdzie kończy 2o%. Czy ważna jest ilość czy jakość.
    Robert – przewodnik zupełnie niezwiązany z warszawskim środowiskiem

    • Tomek

      Podziwiam przekonanie, że to kurs – zamiast egzaminu – ma stanowić sito. Poza tym zawsze mnie zastanawiało skąd przekonanie, że dobry kurs to taki z którego odpada 80% ludzi. Mam na to inny pogląd: taki kurs świadczy o brakach kompetencyjnych kadry w zakresie nauczania. Dobry kurs to taki, który kończy z wynikiem pozytywnym – a miernikiem jest tu egzamin państwowy – przynajmniej 80% tych którzy zaczęli. Od razu uprzedzam, że nie przekonuje mnie argument, iż „jesteśmy tak dobrzy że nie potrzebujemy egzaminu państwowego”.

      • Ryszard Woźnica

        Nie wiem jak jest obecnie. Przez kilka lat byłem jednak szefem szkolenia SKPB Katowice (poza prezesurą). Tak olewaliśmy w latach 80–tych ponad 70-80% ludzi. Ci którzy szli na egzamin państwowy zdawali „z palcem”. Na moim było: 4 (ja + 3 harnasie) i 36 z pttk. Zdało 4 + 4. To, że ulewaliśmy tyle osób nie świadczy chyba o tym, że wykładowcy byli do bani? W mojej ocenie po prostu trzymaliśmy poziom.

  • Mario

    Trzeba być frajerem, żeby zapłacić 2,5 tysiąca za kurs, kiedy można zapłacić ok. 200 (nie licząc wycieczek).
    Trzeba mieć kompleksy, żeby budować renomę swojego kursu w opozycji do nielubianej organizacji. Bez względu na negatywny wydźwięk, pan Tomasz korzysta z wypracowanej sławy i pozycji „czteroliterowców” – choćby przez to, że się do nich przymierza.
    Za kreację wizerunku 3- i nie winszuję najlepiej. Pozdrawiam.

    • Tomek

      Trzeba być frajerem, żeby iść na kurs, co do którego nie wiadomo jakie warunki należy spełnić żeby go skończyć poza enigmatycznym „zaliczeniem wycieczek”.
      Jakie są warunki zaliczenia? Co trzeba zrobić żeby zaliczyć zimówkę czy przejścia? Aaaa… spodobać się kadrze. Wszystko jasne. Co do kompleksów to gratuluję sprowadzenia dyskusji do poziomu ad personam. Czyżby brakło argumentów?

  • Robert

    Hmm…
    Chciałem napisać coś obiektywnie, ale widzę iż uderzyłem (nie było to moim celem) w „miękkie”. Widzę iż Pana postawa jest z tych w stylu: „mojsza prawda jest lepsza niż twojsza”. Pewność siebie, to dobra cecha, ale narcyzm to już niekoniecznie (!). Skąd u Pana takie przekonanie, że tylko Pan ma monopol „na prawdę”, że tylko Pan dobrze szkoli a inni, to „zaraza” od której trzeba za wszelką cenę wszystkich odwieść. Rozumiem reklamę, ale budowanie jej na oczernianiu innych to…. słabe, bardzo słabe. Co do egzaminów państwowych, to powiem tak. Nie jest to żaden wyznacznik. W większości przypadków jest on na słabym poziomie (wiem co mówię, bo w kilku takowych uczestniczyłem). Wiem jakie są rozterki komisji (otarłem się o to grono). Po prostu nie wypada (tak, nie wypada !) by kilkadziesiąt procent nie zdało egzaminu. Nie wiem jak jest na egzaminach na przewodników miejskich, ale na egzaminach na przewodników górskich wygląd to tak: Od „czteroliterowców” zdaje kilka osób od „innych” kilkadziesiąt. Wynik egzaminu: zdają prawie wszyscy (powody – patrz wyżej). Więc mylny (!) osąd jest taki : Po co iść na ciężki kurs, który kończy mało osób jak można iść na „lightowy” skoro i tak wszyscy zdadzą państwowy, tylko…. mało kto wie, że w w wynikach (pozytywnych) mamy dwie grupy. Tych co zdali dobrze lub bardzo dobrze i tych co zdali, bo „nie wypada, by nie zdali” W tej pierwszej grupie są prawie zawsze Ci „znienawidzeni” przez Pana „czteroliterowcy”. Podkreślę, że nie jest to reguła, bo wyjątki oczywiście są, po obu stronach, zarówno te in plus jak i te in minus.
    Patrząc z poziomu szkoły. Promocję do następnej klasy można otrzymać uzyskując ocenę mierną, ale także można otrzymać celującą, ale czy na mierności nam zależy ?
    Ja uważam, że jeżeli kurs kończy prawie 100 %, to jest coś nie tak. Statystycznie jest to niemożliwe, by wszyscy uczestnicy szkolenia byli tak „zaj….”.
    Ja kończyłem kierunek studiów, który ukończyło kilkanaście procent studentów a są takie studnia (głownie prywatne) gdzie np. tytuł mgr dostaje prawie każdy. I w jednym i w drugim przypadku jest egzamin, obrona na takich samych zasadach narzuconych przez Państwo (odpowiednik państwowego egzaminu przewodnickiego) zasadch.
    W obu przypadkach rzeczony magister reprezentuje taki sam poziom ? Nie.
    Każdemu zostawiam rozwadze…. czy interesują go realne umiejętności czy „papier”
    pozdrawiam
    Robert

    • Tomek

      Moje uprzedzenie do czteroliterowców jest skierowane tylko w jedną stronę. Chciałem zauważyć, że wyszkoliłem pewną grupę czteroliterowców, otóż byłem wykładowcą i instruktorem na kursie przewodników beskidzkich w SKPG Harnasie i wykładowcą na kursie przewodników sudeckich w SKPS Wrocław.
      Niemniej moje uprzedzenie jest skierowane w kierunku tych którzy mienią się najlepszym kołem przewodnickim na świecie i którzy twierdzą że tylko oni mają monopol na szkolenie dobrych przewodników.
      Tak więc bardzo proszę nie wkładać w moje usta rzekomej nienawiści do czteroliterowców.