Deregulacja pozbawiła pracy przewodników?

Z artykułu w Rzepie z dnia 6 sierpnia 2015 http://www.rp.pl/artykul/1220956.html?p=1 dowiedziałem się że „przewodnicy zostali bez pracy”. Wszyscy? Czyżby to było jak z tymi Ruskimi co w kosmos mieli polecieć? No to czego głowę zawracacie?
Na serio, to pewnie niektórzy mają odpływ zleceń, wykluczyć się tego nie da. Akurat w przypadku mnie i moich znajomych przewodników zauważamy tendencję dokładnie odwrotną: ostatnie dwa lata są bardzo dobre i nie nadążamy ze wszystkimi zleceniami. Stawki też wcale się nie zmniejszyły a nawet wręcz przeciwnie.

W artykule pada odkrywcze stwierdzenie iż „trudno wyżyć obecnie z przewodnictwa”. No owszem, dopóki nie będziemy zarabiać polskich stawek w euro to tak będzie, tyle tylko że NIC się nie zmieniło od dłuższego czasu. I to prawda że z samego przewodnictwa trudno jest wyżyć ale z deregulacją to nie ma kompletnie nic wspólnego bo zawsze tak było. Wynika to chociażby z sezonowości zawodu – są okresy „żniw”, są okresy „posuchy” a stawki nie są takie żeby z samego przewodnictwa przetrwać cały okres posuchy. Tak więc nic nadzwyczajnego.

Czytamy:
– W efekcie [deregulacji] osób wykonujących zawód przewodnika ubywa. Wprawdzie pojawili się oprowadzacze, którym turyści płacą co łaska, ale nie stanowi to ich głównego źródła utrzymania. Od dochodów nie odprowadzają też podatków – mówi [Katarzyna Druzgała, prezes Stowarzyszenia Przewodników i Popularyzatorów Wiedzy o Krakowie]

W Krakowie mam wrażenie występuje nadpodaż usług przewodnickich, bowiem nierzadko krakowscy przewodnicy w natrętny wręcz sposób próbują łapać klienta.
Nie rozumiem pogardliwie brzmiącego określenia „oprowadzacze” w odniesieniu do nowych przewodników, których podobno ubywa. No to jak w końcu jest?

Największym nieporozumieniem i wręcz nadużyciem, powtarzanym z uporem maniaka, zgodnie z goebbelsowską zasadą, że kłamstwo po wielokroć powtarzane staje się prawdą, jest twierdzenie że ci, którzy nie mają dawnych uprawnień państwowych nie płacą podatków i stanowią szarą strefę. Otóż co ma piernik do wiatraka? Skąd takie przekonanie? Z takich stwierdzeń wydawać by się mogło, że dawne uprawnienia państwowe wymuszały prowadzenie działalności gospodarczej. Niestety, nic bardziej błędnego. Tak więc korelacja między deregulacją a szarą strefą po prostu nie występuje.

W artykule podany jest przykład ochrony włoskiego przewodnictwa, o tyle nie trafiony, że właśnie następuje deregulacja przewodnictwa w Republice Włoskiej.

Ubawiła mnie wypowiedź pani, twierdzącej że zatrudniając pilotów czy przewodników zawsze sprawdza posiadanie dawnych uprawnień, bo to gwarancja doświadczenia i wiedzy. Papierek gwarancją doświadczenia… I wszystko to w imię jakości usług. To ja podziękuję.

Odnośnie starego trybu zdobywania uprawnień, pada stwierdzenie:
„Przewodnikiem nie mógł zostać każdy. Uprawnienia zdobywała wyłącznie osoba, która odbyła 75-godzinne szkolenie teoretyczne i praktyczne i zdała egzamin. Ze szczególnymi obostrzeniami łączył się zawód przewodnika miejskiego. Aby oprowadzać wycieczki po Trójmieście, aglomeracji górnośląskiej, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu, Warszawie i Wrocławiu, trzeba było dodatkowo ukończyć specjalny kurs.”

No dobrze. Nie 75 godzin lecz 205 godzin dla przewodników miejskich.
Nie bardzo rozumiem „szczególnych obostrzeń” w przewodnictwie miejskim. Mówiąc krótko, Autorka tekstu chyba nie bardzo zrozumiała konstrukcję przepisów w starym wydaniu.

Reasumując. Deregulacja niektórym nie służy i będą teraz za wszelką cenę udowadniać jaka to ona jest szkodliwa. Rolą dziennikarza jest tu nie dać się wpuścić w maliny. W przeciwnym wypadku już niedługo możemy się doczekać specjalnych dziennikarskich uprawnień zawodowych.

Tomasz Dygała

PS. Pani redaktor mija się z prawdą pisząc: „Od stycznia 2014 r. nie trzeba już legitymować się wykształceniem średnim”. A jednak trzeba. A czy są jakies wymogi brzegowe odnośnie do zawodu dziennikarza?